02 mar 2010

Roman Polański w „Autorze widmo” prowadzi widza po skrzypiącej podłodze. Pęknie, nie pęknie? Napięcie rośnie z każdym krokiem, więc tym bardziej trzeba wstąpić do kina. Seans obowiązkowy.

Na dwoje babka wróżyła. Jedni mówią, że za dużo w filmie dłużyzn, pustych miejsc i dziur fabularnych. Inni rozpływają się w zachwytach. Nie bez powodu Roman Polański zgarnął nagrodę w Berlinie za najlepszą reżyserię. Ja też przychylam się do pozytywnych opinii, bo ani razu nie spojrzałam na zegarek.
„Autor widmo” zasługuje na ukłon.

Nie ma u Polańskiego — jak u Hitchcocka — trzęsienia ziemi na początku. Nie ma szalonych zwrotów akcji, pistoletów i fajerwerków. Ale film tego nie potrzebuje. Polańskiego czuć z ekranu. Może i wieje nudą przez pierwszych kilka minut, ale w tym obrazie wieje w ogóle. Są zimne emocje, zimna polityka. Dużo tu też deszczu i gęstej siatki niedopowiedzeń, która potęgują tylko zaciekawienie. Co będzie dalej? Kto zabił? O co właściwie chodzi? Ale puzzle powoli zaczynają się układać. Napięcie więc rośnie — właśnie jak u Hitchcocka. Oglądanie filmu to jak stąpanie po starej skrzypiącej podłodze. Kiedy pęknie? Ale brnie się dalej. Aż do końca.

„Tytułowy bohater filmu bez entuzjazmu przyjmuje niezwykle intratne (ma otrzymać 250 tys. dolarów) zlecenie opracowania pamiętników byłego premiera Wielkiej Brytanii Langa. Polityką się dotąd nie zajmował, a jego największym sukcesem było napisanie wspomnień sławnego magika. Wspomnienia premiera są, co prawda, już gotowe, ale wydawca nie jest z nich zadowolony. Pragnie zmian i poprawek, a dotychczasowy ghostwriter utopił się w tajemniczych okolicznościach. Lang przebywa wraz z żoną na wysepce u wybrzeży USA i tam właśnie mają trwać dalsze prace nad maszynopisem.

Polański kreuje atmosferę niepokoju, podskórnych napięć, wręcz klaustrofobii zarówno za sprawą pozbawionych słońca zimowych, brudnoszarych, wiecznie zalanych deszczem plenerów wyludnionej po sezonie wysepki, jak i nagminnego stosowania ograniczonych przestrzennie planów, w których ścierają się odmienne racje postaci. To sprawia, że intryga kryminalna wciąga bez reszty i nic tu nie jest takie, jakie się pozornie wydaje. Świetne kino!”
(Autor widmo)

Film kipi od skojarzeń. Adam Lang może być personifikowany jako Tony Blair, który w swoim czasie był wiernym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Również bohater Polańskiego przez całe swoje „premierowanie” decydował zawsze na korzyść USA.

„Podczas pierwszego spotkania z Polańskim spytałem: „Czy mam grać Tony’ego Blaira?”. „Nie! Nie! Nie! — krzyknął w odpowiedzi. — Masz po prostu zagrać wiarygodną postać”. Ale, oczywiście, autor powieści Robert Harris w dużym stopniu wzorował się na brytyjskim premierze, więc porównań trudno było uniknąć. Rola Langa stała się zresztą dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo na co dzień żyję z dala od polityki. Zacząłem czytać artykuły o Blairze, przeglądać filmowe materiały z nim. (…) Kiedy przeczytałem książkę Harrisa, wiedziałem, że „Autor widmo” będzie swojego rodzaju prowokacją. Ale nie przypuszczałem, że okaże się aż tak proroczy. Ja jednak patrzę na ten obraz nie tylko przez pryzmat polityki. Roman zawsze robił filmy, które choćby w delikatny i zakamuflowany sposób odbijały jego własne życie i emocje. Z „Autorem widmo” jest podobnie. Roman niemal przez całe życie uciekał. I ja też gram człowieka ściganego. Człowieka w potrzasku.”
(Pierce Brosnan o swojej roli)

„Autor Widmo” pojawia się kinie w dobrym momencie. Premiera następuje wkrótce po wystąpieniu Tony’ego Blaira przed komisją dochodzeniową w sprawie wojny w Iraku. Nawet słowa Langa wypowiedziane w filmie — „wszystko, co zrobiłem, zrobiłem dlatego, że byłem przeświadczony o słuszności tego, co robię” — są podobne do zdania wypowiedzianego przez Tony’ego Blaira (za: „Independent on Sunday”). Polański jednak zaprzecza i mówi, że jest to uniwersalna opowieść o psującej sile władzy. I ja to kupuję, bo na polityce się nie znam. Nie chcę się znać, uciekam od tego psującego się świata. Uciekam… do kina, co wszystkim polecam.

Przeczytaj też:
Zygmunt Malanowicz: Polański to teraz nośny temat

17 lut 2010

Juliusz Machulski im starszy, tym lepszy? „Kołysanka” udowadnia, że reżyser jest jak wino, ale te najtańsze, które szybko kwaśnieje. I ja mam kwaśną minę po wizycie w kinie. Nie mam ochoty wbić się w niczyją nogę — w ślad za bohaterami. Fu!

Dziś prawdziwych komedii już nie ma,
Bo czy warto po świecie się tłuc?
Pełna miska i radio Poemat,
Zamiast płaczu, co zrywał się z płuc.

Dawne kino poszło w dal,
Dziś na zimę ciepły szal,
Tylko śmiechu, tylko śmiechu,
Tylko śmiechu dzisiaj żal…

Albo inaczej. Cytatami można skomentować:

— Polskie komedie wyginęli.
— Wyginęli? Przecież to nie były mamuty!
— Na twoim miejscu nie śmiałabym się tyle. Robią ci się zmarszczki.

Odlotowo na Mazurach. To nie slogan reklamowy, ale wieś — w oryginale, na mapie Olsztynek — do której wprowadza się polska rodzina Adamsów. Makarewiczowie są wampirami i muszą pić krew, żeby żyć. To znaczy tak mi się wydaje, bo nie dostrzegam w nich głodu i nałogu. Nie przypominają mi nawet wiejskich pijaczków, którzy dają się pokroić za kilka kropel promili.

Makarewiczowie łapią miejscowych i przyjezdnych, zakuwają ich w dyby w stodole i wgryzają się w nogi. Sączą. Chyba… bo Machulski nawet nie tego nie pokazuje. W kilku słowach: Makarewiczowie żyją na górze, ludzie w dybach gdzieś na dole, a życie toczy się dalej. Żadnej akcji, żadnej ikry. Koniec też nijaki. Film nijaki. „Kołysanka” pożal się Boże…

Aktorstwo jest precyzyjne. Tylko. Wszechobecny w polskim kinie Robert Więckiewicz gra ogoloną na łyso głowę rodziny. Jest zimny jak głaz, trzyma ręce w kieszeni i… Nie wiem, co jeszcze, bo gra świetnie, ale to rola bez wyrazu. O mdłości przyprawia za to jego flegmatyczna żona — Małgorzata Buczkowska, którą ciągnie do miasta. Nie dziwie się — też wyrwałabym się z „Kołysanki” w świat pędu i biegu.

Najzabawniejszy — najbardziej wyrazisty — jest tatuś, czyli Janusz Chabior. Jako jedyny cierpi, gdy zęby mu wypadają i ma słabość do butów. Jako jedyny „jest jakiś”. No i Ewa Ziętek zasługuje na plus, która jest najbardziej komiczna i kosmiczna. Jako jedyna ma jaja w tej komedii! Sceny z nią są rzeczywiście zabawne — przede wszystkim ta, jak dyryguje wołaniem o pomoc.

Ale co więcej? Nic. Machulski zrobił film chyba dla samej przyjemności obcowania z kamerą. Może zauroczył się Olsztynkiem, może chciał pomieszkać trochę na zielonej łące wśród zabytkowych chat skansenu. Może?

Kołysanka zapowiadana była jako czarna komedia, połączenie elementów grozy z humorem. Tymczasem pozostaje jedynie lekką komedią familijną. Brakuje ponurości, napięcia i przede wszystkim krwi. Atmosfera bardziej przypomina telewizyjne „Ranczo” niż gęsty i groteskowy klimat Nieustraszonych pogromców wampirów Polańskiego. Niestety akcja też nie jest zbyt wciągająca. Wynika to pewnie z faktu, że w pierwszym założeniu Kołysanka miała być serialem. Fabuła ukrócona na potrzeby pełnego metrażu przypomina bardziej ciąg przypadkowych zdarzeń, nie ma konkretnego rozwinięcia i zawiązania akcji.”
(Kołysanka — recenzja nowego filmu Machulskiego)

Wielkim pytaniem jest tytuł. Do niczego nie mogę go przypiąć. Chyba że Machulski jest świadomy swojego gniota i puszcza oko do widza: Przyjdźcie do kina, utulcie się w fotelu, a ja was ukołyszę do snu.

PS. Pobudza tylko muzyka. Michał Lorenc się spisał. Tak, temu to zdecydowanie w duszy gra.

04 lut 2010

Michael Haneke w „Białej wstążce” rozdrapuje rany, sięga do korzeni zła i ukazuje, jak zniewolić umysły. To one potem zniewalają świat, bo nazizm nie wziął się znikąd. Wziął się z miłości rodziców do dzieci. Kontrolowanej miłości. Film można oglądać w Awangardzie.


Jest w „Białej wstążce” polski akcent. Dożynki u barona, chłopaki piją piwo, wykrzykują coś po polsku. W tej scenie jest też olsztyński moment — przy stole siedzi Sebastian Badurek, aktor z teatru Jaracza. Gratuluję, Sebastianie, bo to wielki film, a dla ciebie pewnie równie wielkie przeżycie — mimo iż rola epizodyczna, ale mówiona!

W „Białej wstążce” nie ma wiatru, nie ma deszczu. Ani wielu łez. Reżyser Michael Haneke sieje ziarno, a widz — już na własny rachunek, już we własnym świecie — zbiera plon. Ale nie znaczy to, że film nie trzyma w napięciu. Ani razu nie spoglądam na zegarek, co zdarza mi się często — zarówno w kinie jak i w teatrze. Tu czas się zatrzymuje. Tak, zatrzymuje się, gdy Haneke rozdrapuje rany. Precyzyjnie, aby wejść jak najgłębiej.

„Wiejską sielankę zakłóca seria dziwnych zdarzeń. Najpierw ktoś rozwiesza niewidoczną linkę na trasie codziennej konnej przejażdżki miejscowego doktora. Dochodzi do wypadku, w wyniku którego lekarz trafia na długie tygodnie do szpitala. Niedługo potem w tajemniczych okolicznościach ginie chłopka, syn barona zostaje ciężko pobity, a upośledzone dziecko akuszerki niemal oślepione. Kto jest odpowiedzialny za te wszystkie akty okrucieństwa? Co kryje się u ich podstaw? Zemsta? Kara? Sadyzm?”
(„Biała wstążka”: mroczne zakamarki ludzkiej duszy)

Tu nie chodzi o te tajemnicze wypadki. One są tylko tłem, pretekstem. Haneke skupia się na emocjach, relacjach, powiązaniach i wreszcie uzależnieniach ludzi od siebie. Nie jest dobrze, ludzkość w ludziach wymiera, a cierpią na tym przede przede wszystkim dzieci. Przykład? Rodzice wymierzają karę rodzeństwu, bo te spóźniło się na kolację. Nie pytają o powód, postępują wedle utartych schematów. Jest wina, musi być kara — najpierw bolesne razy, później zawiązana na ręce biała wstążka, symbol niewinności. Ale ta biel czernieje i to bardzo szybko. Rodzi się nienawiść, zemsta, złość. Dlatego mówi się, że ten film opowiada przede wszystkim o narodzinach nazizmu. Coś w tym jest, bo wszystko ma swój początek i powód. Ale to tylko domysły. Haneke nie podaje niczego na talerzu. Częstuje widza goryczą, która piecze w gardło i jest aż nieprawdopodobna.

Haneke nie wchodzi butami w życie swoich bohaterów. Właściwie nie wchodzi z kamerą, bo często ustawia ją za zamkniętymi drzwiami, za ścianą, gdzieś z boku. Przez to widz wdziera się w opisywany świat jeszcze bardziej. I to jest siłą tego filmu — nie trzeba pokazywać, by opowiadać. W „Białej wstążce” najwięcej dzieje się właśnie w wyobraźni, samemu snuje się bolesne historie. Otwiera się szuflady emocji i do każdej sceny dopasowuje odpowiednie uczucia, poczucia. Dlatego mam wrażenie, że Haneke reżyseruje ten film nieustannie — na każdym seansie pociąga sznurki wspomnień, opowieści i wyobrażeń, które należy samoczynnie posklejać. Rozrzuca puzzle na ekranie, które układa się indywidualnie, ale z pożądanym przez niego efektem.

A miłość? Jest i miłość, zaledwie kilka scen. Młody nauczyciel zakochuje się w opiekunce do dzieci. Są jakby z innej bajki — delikatni, ostrożni, skrępowani. Ich rozpoczynający się romans przykraszony jest nutką dowcipu, humoru skojarzeń. To świeży oddech w zaryglowanym pokoju. Jest też piękne uczucie siostry do braciszka, który zaczyna rozumieć świat. Nie mogę zapomnieć sceny, w której ona tłumaczy chłopcu, czym jest śmierć. Nie potrafi kłamać, nie potrafi powielać ułudnych scenariuszy. Przyznaje, że śmierć dopada każdego — wcześniej, później. Chłopiec: To mama jednak nie wyjechała w podróż?

03 lut 2010

Olsztyn kwitnie? Śniegiem zasypany… Pomysły na promocję miasta wciąż mrożą krew w żyłach zamiast zagrzewać do podboju Polski. Było: „Olsztyn — przestrzeń radości”, jest: „Olsztyn — ogród Europy”. Tylko co po nowym haśle, skoro kiepski ogrodnik wciąż ma głos?


Olsztyn główkuje jak się wypromować, ale dobrych pomysłów brak. Może i by się znalazły, ale za promocję odpowiedzialna jest krakowska firma Eskadra. Nie to, że kawał drogi od Olsztyna, to i kawał kasy za rachunek. Olsztyn zapłacić musi. Ale za co? Urząd Miasta stawia więc na promocję po swojemu.

Rok temu Eskadra wymyśliła hasło „Olsztyn — przestrzeń radości”, które komentowane było na prawo i lewo. Głosów pozytywnych padło niewiele. Mówiąc językiem ulicy — ludzie psy wieszali. Ja zresztą też nie szczędziłam swoich uwag.

Eskadra głowę spuściła, czas więc wprowadzić poprawki do pomysłu. Serwuje się więc kolejne genialne i przemyślane hasło: „Olsztyn — ogród Europy”.

Znowu łapię się za głowę, bo Olsztyn nie kojarzy mi się z ogrodem — pomimo wszechobecnego bukietu zieleni. Z lasem i owszem — z Lasem Miejskim, ale ogrodów tu ze świecą szukać. Las to dla mnie ucieczka z miasta, ogród — miejska ucieczka w naturę. Nie ma tu nawet porządnego parku do spacerowania. Prym wiedzie olsztyński klasyk — Park Kusocińskiego, ale poza alejkami, ławkami, oczkiem wodnym i skyteparkiem niczego więcej nie oferuje. To park, a nie ogród! Różnica kolosalna.

Ogród jest, owszem, ale za miastem. Arboretum się nazywa. Botaniczny jest nawet! Może właśnie to sąsiedztwo skłoniło do wymyślenia nowego hasła? A może ogrodowe liczne ścieżki rowerowe? Ale z tym to przesada. To pięta Achillesa stolicy zielonej Warmii od lat. Nawet wokół jezior nie ma jak pedałować, bo albo się trafi na wystające z ziemi korzenie, albo tak człowieka wytrzęsie, że dalej jechać się nie chce.

Olsztyn jest zielonym miastem, ale ogród to za wielkie słowo. Nie ma tu nawet porządnych placów zabaw, a ogródki jordanowskie to tylko wspomnienia, które gdzieniegdzie jeszcze straszą. Europa zapewne wstydzi się takich strachów. Pordzewiałe sprzęty, połamane piaskownice… Jeśli mieszkańcy sami nie postawią huśtawek, na stare — niegdyś jare ogródki — nie mogą liczyć. Wiem, co mówię, bo rozpad dumy PRL-u oglądałam z okien domu. Złomiarze nieźle się obłowili… Oby taki los nie spotkał tych nowych placyków zabaw. Nie powiem, nowe osiedla troszczą się o maluchy, gospodarują ogrody wśród blokowisk.

Jednak nie o powyższe się rozchodzi. Miasto-ogród to koncepcja znana od dawien dawna. Wymyślił ją Ebenezer Howard, dziennikarz, stenograf, z zamiłowania urbanista. W 1898 r. przedstawił koncepcję osiedla, które łączy w sobie zalety wsi i miasta. Eskadra zaszalała, sięgnęła do źródeł i pewnie czeka na pochwały:

„Jak wskazują badania i obserwacje architektów krajobrazu i konserwatorów zabytków, w wielu miejscach Olsztyna na początku XX wieku realizowano koncepcję nawiązującą do idei miasta-ogrodu Ebenezera Howarda. Efekty wspomnianych zabiegów widoczne są do dziś: osiedle nad Jeziorem Długim (ze szczególnym uwzględnieniem ul. Rybaki), osiedle Zatorze (szczególnie trójkąt ul. Limanowskiego, Reymonta, Zientary-Malewskiej), Brzeziny, Kolonia Mazurska, ul. Radiowa, ul. 1 Maja, ul. Kajki, zieleńce miejskie na pl. Konsulatu Polskiego, Jedności Słowiańskiej, Bema, Pułaskiego oraz wiele innych.”
(Miasto — Ogród: Wizja — Uzasadnienie — Realizacja)

Olsztyn ma tyle do ogrodu Europy, ile piernik do wiatraka. Nie zgadzam się z pomysłem. Nie podoba mi się i chwalić nie będę. Dlaczego?

W rankingu najbardziej zielonych miast Starego Kontynentu „European Green City Index” nie widać Olsztyna nawet na szarym końcu. W czołówce znajduje się Skandynawia: Kopenhaga, Sztokholm i Oslo. Warszawa zdobyła 16 miejsce.

W październiku o zieleni w mieście pisała też Polityka:

„Ponadstuletnia idea miast ogrodów znów staje się modna. (…) W Polsce najbardziej znanym i najlepiej zachowanym miastem ogrodem jest Podkowa Leśna. Początki jej sięgają 1925 r. (…) Podkowa ma to szczęście, że nie postawiono w niej wielorodzinnych blokowisk. Plany zagospodarowania dopuszczają zabudowę maksymalnie dwukondygnacyjną (plus mansarda), w sumie nie wyższą niż 12 m od gruntu. Uniknęła także inwazji inwestorów, co też zawdzięcza głównie planom zagospodarowania. Dwie trzecie miasta nadal zajmują publiczne tereny leśne. Większość terenów prywatnych (ok. 70 proc.) to też zresztą działki leśne. Zachowany został pierwotny, koncentryczny układ urbanistyczny, działki odwracają się plecami na zewnątrz miasta, stanowią zamkniętą, luksusową enklawę.

Milanówek, kolejne miasto ogród, nie powstał według koncepcji wymyślonej przez Howarda. Już wcześniej, na przełomie XIX i XX w., był znanym letniskiem dla zamożnych mieszczuchów. Jego stara część wygląda jednak dokładnie tak, jak wyobrażamy sobie miasto ogród: okazałe wille na dużych działkach toną w zieleni. Będzie je można podziwiać jeszcze długo, bo 21 willi wpisano do rejestru zabytków, a ponad 200 objęto ochroną konserwatorską. Miasto nie ma już jednak jednolitego charakteru, stoją w nim także blokowiska.

Mało kto wie, że Włochy, dziś dzielnicę Warszawy, też zaczęto budować jako miasto ogród. Taki sam charakter miały mieć Ząbki, Młociny, Ostoja. Wojna przerwała realizację planów. Później już do nich nie wrócono. W czasach PRL budowało się, jak mówili projektanci, „jednostki mieszkaniowe dla anonimowego odbiorcy”, czyli głównie małe M3 w dużych blokach.

Najwięcej miast ogrodów jest wokół Warszawy, ale najstarsze powstało na Śląsku, w gminie Janów, w dawnym zaborze pruskim. To Giszowiec, dzisiaj dzielnica Katowic. W latach 1907–1910 zbudowano tu osiedle dla robotników koncernu Giesches Erben, głównie górników kopalni Giesche (dziś Wieczorek). Zaprojektowane zostało zgodnie z koncepcją Howarda: w centrum znajdował się plac, wokół niego szkoła, sklepy, poczta, karczma. Przy wewnętrznych ulicach, które jak obwodnice otaczały plac, stanęły dwu-, czterorodzinne domy z ogródkami. Wszystkie budynki zaprojektowano w stylu śląskich chałup: ze spadzistym dachem z dużym okapem, z otwartym przedsionkiem.”
(Powrót do ogrodu)

A Olsztyna ani widu, ani słychu. Nawet jednego zdania nie ma. Olsztyn: miasto-ogród…

Dla mnie Olsztyn to miasto wody, czyli 13 jezior w granicach administracyjnych. Wiem — przy Mazurach to pikuś, ale… czy jest jakieś inne miasto, które może poszczycić się aż tyloma jeziorami? Przy Mazurach to pikuś… Pan Pikuś. Stolica regionu przecież!

Dla mnie „Olsztyn to jezioro osobliwości”. Krystyną Siesicką nie jestem, która napisała książkę o cytowanym przeze mnie tytule („Jezioro osobliwości”), ale olsztynianka ze mnie stuprocentowa. Od urodzenia. Wiem, gdzie żyję, wiem, co mówię. To rzeczywiście osobliwe miasto — inne od wszystkich, leniwe, spokojne, ale i tryskające energią młodych głów. Mamy Kortowiadę i najpiękniejsze miasteczko akademickie w Polsce. Tam można buszować nie tylko w zieleni…

02 lut 2010

W Olsztynie rozkwitnie życie podziemne. Underground. W centrum miasta śmieci zejdą pod chodnik. A co stanie się ze śmieciarzami? Stracą robotę?

Olsztyn nie chce mieć bałaganu na głowie. Dlatego stawia na nowoczesność — z centrum znikną tradycyjne śmietniki, a zastąpią je kontenery wkopane w ziemię. Na powierzchni będzie stał tylko mały otwór przypominający miejski śmietnik — powiedzmy przystankowy. Piętro niżej zaś zacznie się balanga — odpady będą kleiły się do siebie, łączyły w pary, w końcu związki zaczną się rozpadać. Wtedy kontener będzie opróżniony. Ale w jaki sposób?

Są dwie metody wyciągania śmieci. Sposób pierwszy — klasyczny. Należy zatrudnić śmieciarza, by załatwił sprawę. Ale jak? Podbierakiem? Wędką? Zapewne specjalnym „wyławiaczem śmieci” albo nowoczesną śmieciarką. Tak jak w Gdańsku. Ale o tym dalej.

Sposób drugi nazywam sposobem skandynawskim. Szwedzi z powodzeniem go praktykują i do „śmierdzącej roboty” człowiek nie jest im potrzebny. Ale o tym też dalej.

Gdańsk to pierwsze miasto w Polsce, które sprowadziło śmieci do podziemi. Tamtejsze kontenery mają od 3 do 5 m sześciennych pojemności i zlokalizowane są oczywiście pod ziemią. Opróżniają je specjalne samochody podnoszące pojemniki z odpadami. Ale auto MacGyvera nie jest tanie, więc — tak czy siak — koszty trzeba ciąć. I tu znów mamy dwa sposoby: albo nie stawiać nowoczesnych pojemników, albo — skoro już stoją — zminimalizować ich opróżnianie. Znów pytanie — jak?

Gdańscy urzędnicy wymyślili, że śmietniki zostaną zabezpieczone, a każdy z mieszkańców otrzyma do nich specjalną kartę dostępu. Do kontenera będzie trzeba więc podchodzić… jak do bankomatu. W śmietnikach miałaby się także znaleźć waga, dzięki której każdy użytkownik płaciłby za tyle śmieci, ile by ich wyrzucił.

Gdańsk myśli też o kolejnej nowince technicznej — o sieci rur, które niczym odkurzacz wsysałyby odpady do oddalonej o kilometr stacji. Taki system ma właśnie Sztokholm.

A co wymyśli Olsztyn? Przekwalifikuje śmieciarza w MacGyvera, a może zastąpi go odkurzaczem?

Nie ważne, na co miasto postawi. Śmieciarz nie będzie już tym klasycznym, pospolitym śmieciarzem. Będzie działaczem olsztyńskiego podziemia. Ot.

01 lut 2010

Poznań to miasto biznesu — pieniądz goni pieniądz. Jaki więc sens jest w cięciu kosztów o połowę? Wielki. Jak Kazimierz Wielki, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. W podobnym stylu Poznań rozwija swoją turystykę. A Olsztyn buja w obłokach, w latawcach…

Poznań za pół ceny

Lubię Poznań, bo za każdym razem mnie zaskakuje. Nawet gdy jestem daleko i wędruję palcem po mapie albo internecie. Poznań otwiera się na turystów i zaprasza do siebie na pół roku przed…

5 i 6 czerwca w Poznaniu będzie taniej. Ruszy wtedy akcja promocyjna „Poznań za pół ceny”, czyli będzie można zaoszczędzić na spaniu, zwiedzaniu i jedzeniu. Brzmi smakowicie, a jako że Poznań lubię i mam miłe wspomnienia, naszła mnie ochota na podróż w przyszłość. Zeszłoroczne atrakcje kusiły. I jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, w tym roku może być tylko lepiej.

„W weekend 13-14 czerwca w wybranych poznańskich hotelach, restauracjach, muzeach było o 50% taniej. Taniej w ten weekend oznaczało także lepiej. Przygotowano bogaty, darmowy program turystyczny. Z przewodnikiem można było zwiedzić Ostrów Tumski z pierwszą w Polsce katedra i grobami pierwszych władców Polski, Stary Rynek, kościół farny z podziemiami oraz Zamek Cesarski. W każdej z wycieczek uczestniczyło kilkaset osób! Zamek Cesarski zwiedzały grupy liczące 600 osób! Przez dwa dni otwarty wyjątkowo dla turystów fort VIIIa obejrzało blisko 2 tysiące osób!

W restauracjach, które przyłączyły się do akcji o wolny stolik było bardzo trudno. Pierwsze podsumowania pokazują, że sprzedano nawet czterokrotnie więcej posiłków niż zwykle. Tłumy turystów pojawiły się także w poznańskim ZOO, aby obejrzeć otwartą niedawno Słoniarnię oraz w jednej z największych w Europie palmiarni. Kilkaset osób brało udział w specjalnej edycji gry miejskiej „Poszukiwacze Prawdy”, w której gracze rywalizowali o klucz do starej skrzyni ustawionej na środku Starego Rynku. O Poznaniu mówiono przez dwa dni we wszystkich mediach i gorąco zachęcano do odwiedzin miasta w weekend, dokładnie opisując przy okazji poznańskie atrakcje turystyczne.”
(Głosujmy na Poznań za pół ceny!)

A co robi Olsztyn? Promuje się na pół gwizdka, a nie za pół ceny. Mam wrażenie, że Polacy widzą Olsztyn jako miasto niedźwiedzi, które nie tylko śpią zimą, ale nie wychodzą z lasu do ludzi. Bo i po co? Może i w ciągu roku pojawiają się w warmińskim kalendarzu ciekawe imprezy, ale szybko się o nich zapomina. Bo czy ktoś dzisiaj mówi o Święcie Latawców?

Olsztyn ma wiele zalet, ale też sporo istotnych wad. Ludzie nie znają olsztyńskich walorów, więc nie przyjadą, żeby poznać je na miejscu. Szkoda czasu i pieniędzy — lepiej bawić się w Poznaniu i wydać o połowę mniej. Do Olsztyna mamy też kiepski dojazd, co potwierdza, że to miasto peryferyjne, prowincjonalne. Po co więc tu zjeżdżać? Lepiej skoczyć dalej — na kultowe Mazury.

Szczerze? Święto Latawców można zrobić w każdej wsi. Podobnie jest ze Świętem Serów. Od kiedy Olsztyn kojarzy się z serami? Zakopane i owszem, z oscypkami, ale Warmia?

Ale Olsztyn to przestrzeń radości, więc nie wolno narzekać. Urzędowo zabronione. Tylko z czego się tu cieszyć? Chyba z tego, że najwięcej wycieczek wpada tu na hamburgera do McDonald’sa i na zakupy do Alfy. Wystarczy rzucić okiem na tablice rejestracyjne samochodów poustawianych rzędem na pobliskim parkingu. I to nie tylko wtedy, gdy są sezonowe przeceny do 70%.

Przeczytaj też:
Poznań — miasto doznań i dla ludzi

30 sty 2010

— Tęsknie za Olsztynem. W pamięci mam plażę miejską, na której smażyliśmy się z kolegami przy pierwszych upałach oraz puby na starówce, w których niekiedy do rana piliśmy nie tylko soki — opowiada Tomasz Ciachorowski, który gra główną rolę męską w serialu „Majka”.


Nie oglądasz telewizji. Z przekory, z nudów, czy po prostu z braku telewizora?
— Telewizji nie oglądam głównie z braku czasu, a kiedy już zdarzy mi się jakiś wolny dzień lub popołudnie, wolę ten czas celebrować z przyjaciółmi — zwykle na niezbyt wyszukanych rozrywkach np. przy kuflu z piwem. Poza tym mało jest w telewizji propozycji naprawdę wartych uwagi, a jeżeli już coś w programie TV mnie zainteresuje, to i tak w natłoku zajęć, i z powodu mojego roztrzepania, z pewnością to przegapię.

Niektórzy nie wyobrażają sobie dnia bez telewizora — zwłaszcza kiedy leci „Majka”. Powoli stajesz się więc gwiazdą telewizyjną. Przyznaj, „Majkę” chyba widziałeś…
— Obejrzałem kilka odcinków, które z mojej perspektywy oglądam inaczej. Mniej interesuje mnie sama fabuła. Z dużą przyjemnością przyglądam się natomiast kolegom z pracy, oceniam finalny efekt wielogodzinnego wysiłku, który wspólnie włożyliśmy w każdą ze scen. Biorę też pod lupę siebie, żeby na przyszłość uniknąć błędów i potknięć, które ekran bezlitośnie obnaża.

Co intryguje cię w Michale, chłopaku którego grasz?
— Podziwiam jego konsekwencję w dążeniu do obranych celów. Czasem w imię swoich ideałów stawia na szali wszystko, ale jak się na coś uprze, wiem, że nie odpuści.

A przyjemnie jest być amantem? Tak jesteś już postrzegany. No, a to dopiero mała kula śniegowa, która toczy się i toczy.
— Z niekłamaną przyjemnością wcielam się w rolę „przystojnego architekta o dobrym sercu”, ale często zazdroszczę kolegom po fachu, którzy dostają bardziej krwisty materiał do grania, wymagający charakterystycznej ekspresji. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miał szansę zmierzyć się ze skrajnie różnymi rolami, o różnym ciężarze gatunkowym — niekoniecznie tylko w telenoweli.

Pierwszy raz na ekranie pojawiłeś się w „Złotopolskich”. Jak to wpłynęło na twoją popularność?
— Rola Janka Złotopolskiego, mimo że odbiła się skromnym echem, sprawiła, że zostałem zauważony i zacząłem być zapraszany na castingi.

Tak też było z „Majką”?
— Pewnego dnia dostałem telefon z zaproszeniem do Krakowa i postanowiłem spróbować swoich sił. Nie miałem większych nadziei, ale los okazał się łaskawy. Po kilku wycieczkach — w owym czasie byłem w próbach do spektaklu w Teatrze Lubuskim ¬— i serii przesłuchań zdecydowano się na mnie.

Niedawno obroniłeś licencjat z kulturoznawstwa w Wyższej Szkole Zarządzania i Informatyki w Olsztynie. Czyżby to koniec twojej przyjaźni z Olsztynem?
— Z pewnością nie. Ciągle mam tu przyjaciół, których z pewnością będę odwiedzał. Poza tym jest też Teatr Jaracza, z którego wyszedłem i który ciągle jest mi bliski. Na bieżąco śledzę repertuar, a kiedy bywam w Olsztynie, staram się oglądać przedstawienia. Wiem, że nie uda mi się wyrwać na sobotnią premierę, ale na pewno to nadrobię. Nie wyobrażam sobie także żebym miał nie zobaczyć kolejnego spektaklu Weroniki Szczawińskiej — reżyserki „Jackie”, która — jak donoszą znajomi — już wkrótce rozpocznie kolejny projekt w olsztyńskim teatrze.

Skończyłeś też studium aktorskie w Olsztynie. Jak wspominasz studenckie lata?
— Trzy lata spędzone w Olsztynie to, oprócz solidnego treningu aktorskiego, czas beztroskiej zabawy i niezapomnianych przygód. To też koleżeńskie więzi i przyjaźnie które trwają do dziś.

Za czym olsztyńskim tęsknisz?
— Wspominałem już o teatrze… Może kiedyś okaże się, że to jeszcze nie zamknięty rozdział? W pamięci mam także plażę miejską, na której smażyliśmy się z kolegami przy pierwszych upałach oraz puby na starówce, w których niekiedy do rana piliśmy nie tylko soki.

A jak złamałeś nogę? Mam nadzieję, że nie po soku…
— Trzeba to powiedzieć jasno — bywam straszną łamagą. Wywaliłem się, po raz nie wiem już który, lecz tym razem nie wstałem raźno na nogi. Trzeba było jechać na pogotowie. Naturalnie wpłynęło to na scenariusz serialu, ale szczegółów nie mogę zdradzać. Powiem tylko, że Michał również będzie poruszał się o kulach.

Dzięki „Majce” zyskujesz popularność — z punktu widzenia widza. A czego ty się uczysz na planie?
— Przede wszystkim wzbogacam swój aktorski warsztat. Kamera wymaga innych umiejętności i środków ekspresji niż scena. Uczę się też pożytecznych cech od mojego bohatera. Jestem z nim w tak bliskiej relacji, że siłą rzeczy przejmuję od niego niektóre cechy — na przykład asertywność, której przedtem odczuwałem deficyt.

A o jakiej roli marzysz, jaki jest twój cel?
— Nie dążę do jakiejś konkretnej roli. Nie marzą mi sie wcale Hamlety i Konrady. Chciałbym grac zwyczajnych bohaterów, z którymi mogliby się identyfikować zwyczajni widzowie, bo są na co dzień stawiani w podobnych potocznych sytuacjach.

Grasz też w teatrze w Zielonej Górze, marzysz o olsztyńskim… Mniejsza sława, mniejsze pieniądze, ale jest na pewno coś, czego nie daje kamera.
— W teatrze jest żywy kontakt z widzem. Dla mnie istotą jest język wypowiedzi. Telewizją rządzi „mały realizm”, który mimo banalności wcale nie jest taki łatwy do odtworzenia. W teatrze świat tworzy się od podstaw, a granicę wyznacza jedynie wyobraźnia. Tu proste robienie pompek może być metaforą zarówno miłości jak i przemocy. To jak proza i poezja, nie wartościuję ich, a jedynie rozróżniam.

Tomasz Ciachorowski — (ur. 1980 r.) absolwent Politechniki Gdańskiej na wydziale Oceanotechniki i Okrętownictwa i olsztyńskie szkoły: Studium Aktorskiego przy Teatrze im. Stefana Jaracza i Wyższą Szkołę Zarządzania i Informatyki. Był związany z amatorską, harcerską grupą teatralną „Tytuteraz” przy gdyńskim hufcu. Na co dzień pracuje w Teatrze Lubuskim im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze.

28 sty 2010

Miał być hit, wyszedł kit. „Nine — Dziewięć” Roba Marschalla ma tylko jeden atut — gwiazdorską obsadę. Ale wielkie nazwiska, niczym jaskółka, wiosny nie czynią.

— Tyle sobie ta Sophia Loren robiła operacji plastycznych, a musi grać ducha zmarłej matki — mówi mi D. w kinie. — I po co się wygładzała, jak i tak straszy?

Straszy nie tyle Sophia (bo ładnie wygląda), ile sam film. Wybrałam się „Nine — Dziewięć” i strach mnie ogarnął.

Penélope Cruz
Pedro Almodóvar uznał Pe za swoją muzę i wcale mu się nie dziwię. Dziewczyna potrafi świetnie zagrać — o ile reżyser ją nakieruje, wykieruje, nakręci i nastroi. Inne kino jednak jej szkodzi. A musical — ten musical — przede wszystkim. Pe wypina pupę, kręci nią, miętoli sobie piersi, uwydatnia usta. Miała zagrać łatwą panienkę — zagrała Carlę. Nawet nie musiała się wysilać, bo uznawana jest w męskich kręgach za symbol seksu. A dzieci, ryby i symbole seksu głosu nie mają.

Nicole Kidman
Dawno jej w kinie nie widziałam. Blondyna jak z obrazka, muza Guido — głównego bohatera. Zrobiona na Marilyn Monroe — biała kiecka, włosy blond. Obróć się, spójrz w prawo, w lewo… To jej jedyne zajęcie na planie. Nie mówię, że Marilyn była leniwa, ale kultura sprowadziła ją do symbolu seksu. Już Pe ma więcej do zagrania. Jest kochanką, musi być zalotna, intrygująca (to nic, że bez podtekstu). A Nicole vel Claudia? Nijak się nią zachwycać. Szkoda, bo patrzy się na ekran i właściwie niewiele się widzi. Ot, laskę w białej sukni i napalonego przy niej Guido. Nicole jest mdła. Ani pikantna, ani słodka, ani gorzka.

Daniel Day-Lewis
Fajnie wypada, bo i ma ciekawą rolę. Pali papierosa, ma zabójcze spojrzenie i często kładzie się na blacie biurka. Zakłada nogę na nogę i jest egocentrycznym reżyserem. Ale bez jaj, bo nie może spłodzić scenariusza nowego filmu, przy którym już praca wre. I to największy absurd filmu — wszyscy pracują, szyją kostiumy, wybierają aktorki, wieszają plakaty i pałają wielkim uczuciem do Guido. To bóg — nie młody, ale z przeszłością. Nawet ksiądz się zachwyca. Ba — nawet biskup! Ale zachwyt znikąd nie wynika. Gdy patrzy się na tego faceta, chce się płakać. Cała jego rola jest jak moment złapany w kadrze. Ale zdjęcie jest kiepskie, nie ma drugiego dna. Nie ma nawet głębi, ostrości. Żona go zostawia, on niby mądrzeje… Ale nie czuć tego. Za grosz. To, że zapuszcza brodę, niczemu nie dowodzi.

Marion Cotillard
Edith Piaf. Patrzyłam na nią, a widziałam Edith z filmu „Niczego nie żałuję”. Czy uda jej się zagrać coś, co przebije jej genialną kreację? Gra żonę Guido i jest jedyną normalną kobietą w filmie. Delikatna, pragnąca miłości i trochę łatwowierna. Nawet taniec na wpół nago jej nie wychodzi. Przy Pe wypada słabo, ale dobrze jej z oczu patrzy. A poza tym strasznie przypomina mi koleżankę ze studiów, więc… widziałam w tych oczach rzeczywiście podwójne dno!

Więcej nie piszę, bo ręce mi opadają. O fabule niewiele można opowiadać — są od tego streszczenia, które i tak mówią o wiele więcej niż widać na ekranie. A piosenki? Nędza. Ale jest coś, co mnie bawi i bawić będzie na wieki wieków — słowa tych piosenek. Banał gonił banał. Nawet Doda lepiej pisze. Ale czego wymagać od amerykańskiego filmu?

„U Marshalla kompozycje zawodzą przede wszystkim tekstowo. Miało wyjść naturalnie — niestety brakuje lekkości, miejscami jest wręcz pretensjonalnie i topornie. Słowa oraz ich przesłanie są przyziemne, pozbawione polotu, brzmią jak wypowiadane kwestie, które nie zmieściły się w dialogach. Kiedy aktorki, w każdym z poświęconych im epizodów śpiewają o miłości, dramatycznie ściskają się za biusty, ekstatycznie podszczypują w pośladki, w wyreżyserowanym geście szeroko rozkładają nogi. Wyglądają pięknie — ale ta ekstaza jest sztuczna, prócz seksualnego podtekstu, nic ze sobą nie niesie. Nie ma szczerej emocji, radości uwodzenia, bezczelnego flirtu. Nie ma Dolce Vita. Wyróżniający na tym pustkowiu wydaje się utwór Stacy Ferguson „Be Italian” — ale to z racji pasji wykonania, subtelna ballada Marion Cotillard oraz kabaretowe, autoironiczne wystąpienie Judi Dench. I tyle.”
(Brokaty, szpagaty…)

„Nine — Dziewięć” to adaptacja broadwayowskiego musicalu opartego na wybitnym filmie Federico Felliniego „8 i pół” z 1963 roku. Wielu uważa ten obraz za arcydzieło, bo ujmuje drażliwy temat kryzysu twórczej tożsamości i wyczerpania inspiracji. Film Roba Marshalla nawet do pięt pierwowzorowi nie dorasta. Zróbmy więc prosty rachunek. Odejmijmy od dziewięciu osiem i pół. Co nam zostaje? No może nie mniej niż zero, ale niestety niewiele więcej. Tak, Fellini na pewno przewraca się w grobie.

26 sty 2010

PRL nie jest ponury, ale zwyczajny. Nadzwyczajna w filmie „Wszystko, co kocham” jest młodość. Serce Janka bije mocno i w rytmie punka. I ta energia bije też z ekranu.


Cudowny jest polski Leonardo DiCaprio. Cudowny, gdy roztrzepuje włosy, gdy się uśmiecha i zaciska zęby. Cudowny jest Mateusz Kościukiewicz — główny bohater „Wszystko, co kocham”. Cudowne jest też jego dojrzewanie, muzykowanie, a nawet łzy. Bije z jego oczu świeżość, energia i radość. Miał nosa reżyser Jacek Borcuch, że dostrzegł tego sympatycznego młodzieńca. Miał też nosa do innych chłopaków — grzecznych urwisów. Ale nie zrobił z nich punkowców. Zrobił młodych gniewnych bez brudu, alkoholu i narkotyków. Ale wcale mi to nie wadzi. Młodość, bunt i punk nie musi przerażać. Może cieszyć, a przede wszystkim wzbudzać zazdrość. Chciałam wejść w ekran, przejść się po helskiej plaży, a nawet poskakać na białym wartburgu.

„Dzieło Jacka Borcucha, opowieść o grającym punk rocka licealiście, którego ojciec (jedyna wielka gwiazda w obsadzie — Andrzej Chyra) jest w marynarce wojennej, a matka w Solidarności, naprawdę zaskakuje i pokazuje, że i u nas można zrobić film z pomysłem, inteligentny, bez wpadek rzemieślniczych, świetnie dobrać i poprowadzić głównych aktorów — tak, aby nie widziano w nich jakiś serialowych bohaterów, złotych chłopców z Warszawy XXI wieku, a naturalnych i wiarygodnych chłopaków. Paradoksalnie chłopaków bardzo współczesnych. To samo można powiedzieć i o drugim planie: Chyry „reklamować” nie trzeba. Jak zawsze mistrzowski. Ale warto wspomnieć o Katarzynie Herman, której Borcuch powierzył rolę niemal epizodyczną.”
(„Wszystko, co kocham”: film, którego nie wolno pominąć)

No właśnie, Kasia Herman jest nie do poznania. Zastanawiałam się: ona, nie ona? Oczywiście, że ona! Gra Grażyną Szapołowską — podobnie wygląda, porównywalnie mówi i na jej wzór się zachowuje. I ma ładną zapalniczkę… Kto na filmie był, ten w tym momencie na pewno się uśmiechnie. Dodam jeszcze, że Janek — czyli Leonardo DiCaprio — ma też bardzo zgrabny tyłek.

„Janek to ja. To jest moja opowieść. W sumie 85-90 procent wspomnień i 10 „cukru pudru” czyli fakt, że akcja rozgrywa się w roku 1981, w którym miałem dopiero 11 lat. To jest ten procent mojej konfabulacji. Wiele rzeczy zdarzyło się dopiero cztery, pięć lat później. Byliśmy wówczas takimi właśnie chłopakami, którzy grali w szkołach czy innych miejscach. To jest jednak zabieg czysto techniczny, wszystkie emocje i uczucia, jakie mi wtedy towarzyszyły, są przeniesione w stosunku jeden do jednego.”
(Jacek Borcuch, Zawsze miałem ciągoty do samostanowienia)

W czasach PRL-u też świeciło słońce, a wino gasiło pragnienie. Borcuch to zdanie podkreśliłby pewnie grubą kreską, bo tak właśnie przedstawia początek lat osiemdziesiątych w Polsce. Nie kojarzę, żeby jakiś inny polski reżyser pokazał okres „burzy i naporu” w tak sielankowy sposób. Jacek nie rozdrapuje ran, niczego nie zakleja plastrem. Nawet Jankowy ojciec — wojskowy — okazuje się dobrym człowiekiem.

Borcuch nawet przełamuje schematy ponurych obrazków z PRL-u. Nie mitologizuje tamtych czasów, raczej odziera z bohaterskiego tonu i sprowadza do zwyczajności. W symbolicznej scenie chłopaki mijają kolumnę maszerujących dziarsko żołnierzy. Idą na plażę oddychać pełną piersią. Idą łapać marzenia, fantazjować na temat kobiecych piersi i wolności. Idą z grającą im w głowach muzyką. Bo to ona, a nie polityka, jest dla nich najważniejsza. Tak, Chyra przejmująco płacze i stoi murem za filmowym synem.

Świat Jacka Borcucha jest jak pluszowy miś. Może i za dużo cukru jest w tej kinowej oranżadzie, ale film świetnie gasi pragnienie. A suszyło mnie od dawna — brakowało mi w kinie niezobowiązującego uśmiechu i zazdrości. Też chciałabym nosić różowe okulary, które Borcuch zakłada swoim bohaterom. Chciałabym być bezpretensjonalna, szalona i mieć tak blisko morze. Chciałabym mieć wszystko, co kocham.

PS. Jakie piękne fortepiany grają w filmie. To też kocham.

Blog Ady Romanowskiej

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.